Powód #42: no więc

No więc jestem szczęśliwy. No więc o tym mówię. Jestem szczęśliwy chociażby dlatego, że nie jestem dzieckiem i nie muszę chodzić do szkoły, gdzie jakaś przygłupia nauczycielka mówiłaby mi, że nie zaczyna się zdania od „no więc”.

Powód #42: jestem szczęśliwy, bo no więc.

Tata z dziewczynkami. Foto: Rafał Betlejewski/war-saw.pl

Nie wiem, czy może być gorsza i bardziej degradująca umysłowo praca niż uczenie dzieci w szkole? Nie wiem, jak no więc można się zgodzić na podjęcie tego upokarzającego zadania i pójść za kasę gnębić dzieci. Nie pojmuję tego. Nie wiem, jak zdrowy na umyśle człowiek, znając strukturę szkoły, zadania jakie się przed nim stawia, procedurę w którą wchodzi, może się zgodzić na bycie nauczycielem i patrzeć sobie w oczy w lustrze!

Jednym z wielkich przywilejów dorosłości, przynajmniej no więc świadomej jest – lub powinna być – umiejętność wybrania drogi, która nie degraduje. Wiem! – wiem, że wielu z nas cierpi na brak kasy i wybiera no więc prace, które są poniżej ich zdolności. Jeździ wózkiem widłowym czy tam siedzi na kasie w Biedrze. Ale te prace są przynajmniej uczciwe i komuś potrzebne, choć zbyt nisko płatne. Bycie nauczycielem natomiast nie tylko jest poniżej zdolności inteligentnego człowieka, poniżej progu finansowej nędzy, ale jeszcze w dodatku jest żerowaniem na młodzieży. Nie ma w tym ani nic uczciwego, ani szlachetnego i konieczność włożenia czegoś do garnka nigdy tego nie usprawiedliwi, bo niczym nie można usprawiedliwić uczestnictwa w strukturalnym gnębieniu dzieci. No więc. Twierdzę, że polskie szkoły nie tylko dzieci gnębią, ale są też przyczyną upadku relacji pomiędzy dziećmi a rodzicami, pomiędzy braćmi a siostrami, pomiędzy nami wszystkimi. I nauczyciele, przynajmniej niektórzy, dobrze o tym wiedzą.

Zadawanie prac domowych, na przykład – jest przejawem okrucieństwa i większość nauczycieli przyznałaby to, gdyby mieli w sobie choć krztynę autorefleksji.

I w zasadzie nie mówię tu o nauczycielach nauczania podstawowego – takich pierwsza trzecia klasa. Albo nauczycieli pianina po godzinach, czy francuskiego (moja Matysia ma najcudowniejszą panią od francuskiego i nie dałbym złego słowa o niej powiedzieć). Chodzi mi o tych nauczycieli, którzy siedzą w tych idiotycznych szkołach publicznych i im się wydaje, że spełniają ciężki obowiązek. Że służą, że się trudzą, że należą im się kwiaty za godziny spędzone w łoskocie klas, pocie pach, smrodzie gać. No więc?

Otóż chciałbym wam wszystkim belfrom powiedzieć, że gardzę wami. Gardzę za to, że swoją obecnością w szkolnych strukturach legitymizujecie i utrzymujecie przy życiu tę straszliwą szkolną hydrę. Tego potwora. Kto z was, ręka w górę, może spojrzeć na swoje młodzieńcze lata i powiedzieć – teraz ręka na sercu – że mu szkoła nie spiepszyła dorastania? No kto? Kto z was potrafi przyznać przed sobą i no więc przede mną, że szkoła i zadania domowe nie zrujnowały mu relacji z rodzicami?

Zapytam teraz wprost – podsuwając odpowiedź – czy zastanawialiście się kiedyś, ile z waszych kwasów z rodzicami wynikało z ciśnienia jakie wywierała na waszych rodzinach ta durna buda, i te głupie baby od matmy i polaka? Ile z tego kwasu, który drąży wasze serca do dziś i uniemożliwia wam szczere relacje ze starymi wynikło przez jakiegoś fiuta od chemii lub historii? I zapytam jeszcze raz – choć o to pytano miliony razy, i o to pytają dzieci dziś – po co komuś wiedzieć, w którym roku była konstytucja Nihil Novi. I no więc że owszem w 1505.

Dyrektorka szkoły, w której uczy się moja córka chodzi po korytarzu pańsko rozdając ukłony, prowadzi akademie szkolne czytając z kartki do mikrofonu i zasiada za stołem pokrytym zielonym suknem. Dlaczego ja się pytam no więc? Dlaczego na otwarciu roku szkolnego dzieci muszą iść ze sztandarem? Dlaczego wszyscy no więc stoją jak sparaliżowani, zamiast się śmiać, witać i podzielić ciastem?

Mało tego, zapytam jeszcze, co myśli facet, który zadaje mojej córce pracę domową polegającą na tym, by przepisać z wydruku do zeszytu bryka z Biblii, co Helenie zajmuje pięć godzin i nie uczy ją nic? Czy myśli, że jest polonistą? Czy myśli no więc, że jeśli wprowadzi na swojej lekcji zamordyzm i wszyscy będą siedzieć z mordą w kubeł, to zna się na swoim fachu? Otóż no więc nota bene powiem mu, że zna się! Tyle tylko, że jego fach polega na wywieraniu przemocy na naszych dzieciach w imię całego zjebanego społeczeństwa polskiego przez osiem godzin dziennie, codziennie, tak żebyśmy tego nie widzieli. Ha! Jeszcze lepiej – ten frajer swoją rzetelną pracą odracza moment, kiedy my wszyscy staniemy w końcu przed koniecznym pytaniem: czemu my to robimy tym naszym dzieciom, które ponoć kochamy?

Czemu ja to robię Helenie?

Żałosne, że groźny pan od polaka okazuje się potem taki groźny, że go jakiś polityk jednym podpisem przesunie z gimnazjum do podstawówki i nawet nie zapyta go o no więc zdanie.

Myślę, że każdy uczciwy człowiek, który wykonuje pracę nauczyciela powinien z tej pracy odejść – natychmiast. Każde okienko w zajęciach, każda jego nieobecność, będzie przez dzieci lepiej spontanicznie wykorzystana, niż godzina w ławce z karcącym spojrzeniem belfra.

Jesteście tym dzieciom do niczego niepotrzebni. Nie tacy, jakich z was robi ten idiotyczny system. Nie macie nic do dania, a wiele do zabrania. Zabieracie ciekawość, zapał, zainteresowania, wolną wolę, inicjatywę, przebojowość. Przerabiacie tych ludzi na pulpę – tę samą pulpę, z której wy wyrośliście. Mam do was  to wielki żal.

Mam do was żal, że za te kilka nędznych złotych zmusiliście mnie do przerwania edukacji. Byłem dla was zbyt inteligentny – nie mieliście dla mnie nic poza przemocą, karą, groźbą i ujadaniem. Mam do was żal za każde wpierdol jakie przez was dostałem od ojca. Myślę, jestem przekonany, że mój ojciec zaczął mnie bić przez was. Mam do was żal, że zamiast rozbudzać moją ciekawość, podsuwać mi zagadnienia, kazaliście mi robić marginesy w zeszytach, rozliczaliście mnie z posiadania tarczy szkolnej i mundurka, zamiast pokazać mi piękno świata. Największy żal jednak mam o to, że większość z was, właściwie wszyscy, okazaliście się po prostu mizerni, nieciekawi, nieoryginalni, zaściankowi, prostaccy, a wszystko na co było was stać, to donoszenie na mnie do ojca, drobne kunktatorstwo i okrucieństwo. Okrucieństwo.

No więc dziś niszczycie kolejną relację: moją z Heleną i Matyldą. Chcecie zrobić ze mnie egzekutora waszych małostkowych planów. Chcecie na mnie przerzucić swoje okrucieństwo i moimi rękami gnębić moje dzieci. Komunikujecie mi to wprost. Na wywiadówkach. Czy wam nie wstyd? Naprawdę?

Wiem, że się podniosą głosy, że są i fajni nauczyciele. Ale jeśli są, to powinni odejść ze szkół, tyle w temacie. Ministerstwo Edukacji Narodowej należy rozwiązać. Od zaraz. Wszystkie dzieci należałoby na rok zwolnić ze szkół i kazać rodzicom pospędzać z nimi czas. W tym czasie wymyśliłoby się jakiś nowy system. Cokolwiek, byle nie ten koszmar. Jedna czy druga pseudoreforma nic nie załatwi.

Polska szkoła w sposób systemowy wyrządza krzywdę polskim dzieciom, a co za tym idzie całemu społeczeństwu. Ilość traum związanych z istnieniem polskich szkół, ilość zmarnowanych szans i potencjałów jest straszna. Myślę, że jako społeczeństwo dostajemy po prostu bardzo marny wzorzec od szkoły – a to jest globalna zbrodnia. Cierpimy od tago na każdym kroku, poczynając od zbiorowych wyobraźni i traum, po umiejętność dyskusji, planowania, zaufania społecznego i rozwiązywania problemów. Czas to dostrzec.

Zawołajmy dziś razem w kierunku nauczycieli: ani dnia dłużej! Koniec!

I jeszcze jedno – to są prywatne moje opinie, proszę nie odgrywać się na moich dzieciach.

Dziś moje dziewczynki pojechały na ferie. Będą się uczyć jeździć na nartach. I to jest super, bo dzieci uwielbiają się uczyć. Jestem z tego powodu niezmiernie szczęśliwy.

Czego się nauczyłem?

Od nauczycieli niczego. 

 

  • Ala

    Haha, niezłe. Koniecznie zmień szkołę córkom. Nie wiem kto ją dla nich wybierał, ale, z tego co piszesz, popełnił duży błąd. Albo postaw na nauczanie domowe, jeśli czujesz, że systemowi już nie zaufasz. Są szkoły mega przyjazne i uczniom i rodzicom (i nie zawsze są to szkoły z top rankingów). Wyluzuj, zaproponuj zmiany w szkole, zainicjuj działanie w niej. Tyle było roboty przy nowych podstawach programowych, mam nadzieję, że przyłożyłeś do nich rękę, bo mógłbyś tam wiele zdziałać. A, relacja rodzic-dziecko psuje się tam, gdzie rodzic betonuje niechęć dziecka do innych ludzi. Ale (god damn it!) ten wpis jest tylko słowotokiem płaczka, którego nikt nie usłyszy dopóki sam nie zacznie działać.

  • Thiril

    Siema,
    wychowałam się w rodzinie nauczycieli. Moje ojciec to twardy typ, na sam jego widok ma się ochotę człowiek wyprostować na baczność. Mama zaś to piękna ciepła kobieta, ale to pozory bo jest jednocześnie bezwzględna i wymagająca. Ot dwa typy alfa pod jednym dachem. I wiesz co? Bycie ich córką to była traumą. Wymagania jakie się mi stawało oczywiście mnie przerastały. Ale większą szkodą i złem byłoby gdyby tacy nie byli. Po szkole i pracy wracaliśmy do domu. Jakiś obiad a potem dyskusje, wieczny wysiłek umysłowy. Krucjaty, religia, polityka, sex, sport, literatura, muzyka. Dyskutowaliśmy o wszystkim. Dzięki temu mam swoje poglądy, potrafię ich bronić. I nie dyskutowali ze mną bo byłam ich dzieckiem. Znam ich uczniów. Tacy są dla reszty też. Mama co roku dostaje dyplom najlepszej nauczycielki od uczniów, a Ci których usadziła na kolejny rok w tej samej klasie nie mają pretensji (serio, rok temu poznałam jej byłą uczennicę która powiedziała mi wprost – że zasłużyła i dało kopa do poprawy). Tata pracuje w kilku szkołach i jak jest problem to uczniowie lecą do niego jak w dym.
    Szkoda, że nie trafiłeś na nauczycieli, którzy potrafiliby sobie z Tobą poradzić. Szkoda, że nie trafiłeś na kogoś kto potrafiłby zrozumieć. Miałeś pecha. Tylko, że to nie tylko wina nauczycieli. Twoja również. I nie wylewaj swoich żali, pretensji z przeszłości na całą grupę zawodową a swoje i zaprzeszłe porażki nauczycieli na obecną kadrę. System nauczania się zmienia, ludzie się zmieniają, programy się zmieniają. Dostrzeż to.

    • Nie wątpię, że Twoi rodzice byli wspaniali – jak w piosence: Cudownych rodziców mam. Mój tekst nie jest o nauczycielach, tylko o systemie edukacji, który jest opresyjny i schematyczny. Napisałem, że moim zdaniem uczestnictwo w tym systemie nie przystoi ludziom uczciwym. Jestem pewien, że jest wielu fajnych ludzi wśród belfrów, ale są oni takimi samymi ofiarami systemu jak dzieci.
      Dam drastyczny przykład: w niemieckim systemie przemocy w czasie II Wojny Światowej też było sporo wspaniałych ludzi, którzy dyskutowali, czytali Nietschego i słuchali Wagnera – ot choćby wysławiany Oscar Schindler. Ale rozliczamy ich za udział w państwowym systemie opresji i przemocy, a nie za to, że się starali.
      Polska szkoła w sposób systemowy wyrządza krzywdę polskim dzieciom, a co za tym idzie całemu społeczeństwu. Ilość traum związanych z istnieniem polskich szkół, ilość zmarnowanych szans i potencjałów jest straszna. Myślę, że jako społeczeństwo dostajemy po prostu bardzo marny wzorzec od szkoły – a to jest globalna zbrodnia. Cierpimy od tago na każdym kroku, poczynając od zbiorowych wyobraźni i traum, po umiejętność dyskusji, planowania, zaufania społecznego i rozwiązywania problemów. Czas to dostrzec.
      A Tobie i Twoim rodzicom współczuję.

      • I

        Treść tej odpowiedzi znacznie ciekawsza i bardziej treściwa niż główny artykuł. Jednego tylko nie zrozumiałam – Twojego współczucia dla Thiril i jej rodziców. Możesz to wyjaśnić?

  • M.

    Polska szkoła dostosowana jest do uczniów przeciętnych i poniżej-przeciętnych. Rozwój dzieci wybitnych w jakimkolwiek znaczeniu tego słowa jest w rękach rodziców. Nie znaczy to, że jest to dobre i że tak powinno być. Bo szkoła powinna być inkluzywna i dla osób o zdolnościach poniżej, jak i powyżej przeciętnej. Ale narzekanie – według mnie – świadczy o niewystarczających kompetencjach rodzicielskich, i zaangażowaniu w wychowanie.
    Osobiście do szkoły chodziłam po reformie edukacji, już z gimnazjum. Poziom był żenujący, owszem. Do czasów studenckich nie musiałam nauczyć się uczyć, żeby osiągać wyniki co najmniej zadowalające. Ale – dzięki zaangażowaniu rodziców i dziadków – ze zrozumieniem czytałam już w przedszkolu. Po prostu zależało im na tyle, żeby poświęcić mi czas.
    Zadaniem dzisiejszej szkoły nie jest formowanie dzieci, ich charakteru i zdolności intelektualnych, tylko przekazanie określonej wiedzy lub informacji, gdzie i jak jej szukać. Każde rodzicielskie zbywanie z siebie obowiązku wychowywania – bo tak naprawdę do tego sprowadza się nauka samodzielnego myślenia – jest słabe i nieodpowiedzialne.
    Jasne, że szkolnictwo powinno być bardziej zróżnicowane. I prawo daje ku temu możliwości – można uczyć w domu, można zakładać kooperatywy szkolne, gdzie rodzice uczą różnych przedmiotów… Trzeba tylko przestać narzekać i zaangażować się w wychowanie i rozwój młodzieży. Korzystanie z przeciętnego systemu zawsze będzie prowadziło do frustracji.

    Nie, nie jestem nauczycielką. Z wyboru nie jestem, bo uczyć nie lubię – zbyt krytycznego zdania nabrałam o dzieciach właśnie.

    Szkoła nie powinna być od wychowania – od tego jest rodzina.

  • xyz

    Wypowiadają się tu różne osoby.Może czas żeby napisał to po prostu uczeń.Wydaje mi się,że jestem już w takim wieku,że mogę skomentować polską szkołę. Bywają na prawdę przeróżni nauczyciele. Gdybym miała stwierdzić ogólnie czy są ,,dobrzy” czy ,,źli” nie umiałabym powiedzieć. Przez te kilka lat w jednej szkole cały czas moje zdanie się zmienia,nie wiem czy wynika to z tego,że po prostu dorastam czy że z czasem widze jacy to są ludzie. Po przeczytaniu Pana tekst pierwszym pytaniem które nasunęło mi się na myśl było: czy zrobiłby Pan to lepiej? Łatwo jest tak w głowie postawić się na czyimś miejscu,bo przecież to takie proste młodzi ludzie,dzieciaki. W tym wieku kształtują się nasze światopoglądy i są one warunkowane przez środowisko w którym przebywamy. Ludzie którzy przekazują nam wiedzę mają na to ogromny wpływ i mam wrażenie ze wiekszy niż im się wydaje. Swiat idzie do przodu w roznych kierunkach. Nie wszystkiego da się nauczyć samemu,dlatego są nauczyciele ale nie tylko. Brakuje mi w mojej szkole np. takiego czystego spotkania się z językiem angielskim. Mamy nauczycieli,ale wiekszosc z nich sama nie ma z nim na co dzień styczności. To jest jeden z tematów który można zarzucić polskiemu szkolnictwu. Jak opowiadam rodzicom jak było w szkole to zdarza mi się coś podkoloryzować,nadać gorsze cechy nauczycielowi, postawić siebie w lepszym świetle. Myślę,że każdy tak robi albo chociaż raz mu się zdarzyło. Nic nie poradzę,taka natura nastolatków,wydaje nam się przez to,że będziemy poważniej traktowani lub bardziej wspierani. Więc może kłótnie między Panem a Pana dziećmi są,ale czy nie zastanawiał się Pan czy zawsze jest w 100% tak jak mówią? Nie uwierzę,że kłóci się Pan z nimi tylko o rzeczy związane ze szkołą. Najprostszy przykład, dziecko nie chce iść do lekarza od rana ma gorszy humor bo jest zniechęcone-możecie sie wtedy pokłócić o najprostszą rzecz. Czy jest to wtedy wina medycyny?

  • Magda

    Szkoła, to nie Kościół ani wyznanie, które możesz porzucić. Szkoła jest potrzebna, a sposób nauczania i to, w jaki sposób będą realizować założony program zależy właśnie od nauczycieli. Nie każdy jest stworzony do nauczania, podobnie jest ze wszystkimi zawodami. Chodziłam do szkół publicznych i spotykałam różnych nauczycieli. Lepszych i gorszych. A wśród nich także tych najcudowniejszych, którzy inspirowali swoich uczniów i uczyli samodzielnego myślenia mimo niedoskonałości systemu.

Play
Play
Arrow
Arrow
Slider