Powód #54: miałem zajebistego psa

Wziąłem go ze schroniska w 2004 roku. Paluch, Niuniek i ja. Tak zaczęła się ta przygoda, która w zasadzie urosła do poważnej relacji. Dowiedziałem się z niej, że zupełnie nie nadaję się do posiadania zwierzęcia.

Powód #54: jestem szczęśliwy, bo miałem takiego zajebistego psa.

Niuniek zdycha. Powoli ze starości. Weterynarz powiedział, że wysiadło mu już w zasadzie wszystko. Jest głuchy, ślepy, nie działają mu nerki, ma przerost prostaty, raka jądra. Dodatkowo Niuniek śmierdzi jak bąk, nie może chodzić, nie zlezie z trzeciego piętra itd itd. Nie ma co wymieniać.

Ale moja ostatnia z Niuńkiem wizyta u weterynarza wcale nie pokazuje, że jestem takim zajebistym opiekunem, że się strasznie staram – raczej chciałem potwierdzić diagnozę, którą potrafiłem wydać sam: Niuniek jest już za stary na ten świat. I weterynario potwierdził. Niuniek kwalifikuje się, by dać mu złoty strzał w żyłę, który wyśle go do Krainy Wiecznych Łowów.

Wcześniej z Niuńkiem u weterynarza byłem pewnie z pięć lat temu, chociaż przecież przynajmniej raz w roku powinien dostawać szczepienie przeciwko wściekliźnie. Ale ja się do opieki nad psem nie nadaję.

Całkiem kiepski ze mnie pan, bo generalnie wyznaję zasadę, że zwierze jest niezależnie ode mnie i ma swoje życie. Wierzę, że pies zasługuje na swoją wolność, co mnie całkowicie dyskwalifikuje z listy odpowiedzialnych panów. Moje córki dostały ode mnie fatalny przykład i wiedzą teraz dokładnie jakim panem być nie należy.

Przede wszystkim, Niuniek biegał po Warszawie, gdzie chciał. Sam, beze mnie. Jak ostatnio wyszedłem z nim na smyczy, bo już sam Niuniek nie potrafi chodzić, to się ludzie na ulicy dziwili: to on ma właściciela!? Wszyscy go na osiedlu znają, ale nikt go nigdy na smyczy nie widział. Ho ho ho! – wykrzyknął mój sąsiad Sarmata na nasz widok połączonych smyczą: Niuniek na smyczy! Toż to chyba pierwszy raz!

Ostatnio Niuńkowi zdarzało się zasikać klatkę schodową, ale żaden z sąsiadów nie powiedział nam złego słowa, a tylko jeszcze Niuńkowi wodę na klatkę wystawiali, jak musiał czekać pod drzwiami, aż ktoś łaskawie do domu wróci – wszyscy moi sąsiedzi dużo lepiej zdali egzamin z Niuńko-ojcostwa niż ja.

Bo z Niuńkiem mamy taki system, że odprowadzam go tylko na dół po schodach i otwieram mu drzwi na świat, a raczej na Warszawę, a jeszcze raczej na Powiśle i on już sobie czmycha i łazi sam. Tak długo, aż mu się nie znudzi i nie wróci pod drzwi klatki. Wtedy wydziera japę z chodnika w stronę okien na trzecim piętrze, czyli do mnie. Schodzę wtedy i otwieram mu drzwi a on wbiega na górę i leci prosto do miski. Taki mamy system – nie ukrywam, mało ortodoksyjny. Na tyle niestandardowy, że nie spotyka się ze zrozumieniem niektórych pań, które uważają – całkiem słusznie – że właściciel ze mnie fatalny i powinni mnie zamknąć za to do więzienia, Niuńka powinni za to zabrać do schroniska, gdzie byłby szczęśliwszy niż z takim kretynem jak ja. Ostatnio te miłe panie dawały wyraz swojej dezaprobacie wobec naszego systemu na FB, gdzie groziły mi wystawieniem pod pręgierz zdrowej opinii publicznej, która swoje psy traktuje zupełnie inaczej, a co za tym idzie, dużo lepiej.

Niuniek zawsze wracał pod drzwi z wyjątkiem tych przypadków, gdy bywał aresztowany przez tę czy inną obrończynię zwierząt, która absolutnie nie mogła się zgodzić, by pies ryzykował życie na przebiegach przez ulicę i by chodził po osiedlu bez smyczy. Tak bezceremonialny objaw wolności zupełnie nie mieści im się w głowie – i słusznie! Warszawa to nie jest miasto dla wolnych psów, ani tym bardziej ludzi. Przyznaję, korzystając z wolności i niezależności Niuniek mógł zagryźć nie jedno dziecko biegnące do szkoły, a już z pewnością nasrał na niejeden chodnik, dlatego Warszawa wygląda tak paskudnie jak wygląda. Nie latałem za nim z plastykową torebką. No nie. Wszystkich serdecznie przepraszam – po prostu nie nadaję się do posiadania psa.

Raz, kiedy Niuniek został zaaresztowany zachowałem się dość skandalicznie: otóż uczciwa pani, która zatrzymała Niuńka do kontroli, zadzwoniła do mnie, gdyż Niuniek miał na obroży mój numer (tyle przynajmniej, że miałem odwagę cywilną się do Niuńka przyznać) i zakomunikowała, że Niuńka ma. Ja na to do niej, że powinna go wypuścić, a Niuniek za 5 minut będzie w domu. A ona na to, że absolutnie nie, gdyż przecież samochody go rozjadą, a zły złodziej ukradnie. Mówię więc, że skoro tak, to niech mu kupi karmę mokrą z kerfa, pies nazywa się Niuniek i niech żyją sobie długo i szczęśliwie. I odłożyłem słuchawkę. Pani zadzwoniła w kilka sekund później dysząc z wściekłości, że jak śmiem! i że jestem pomylony i że ona zawoła policję. Uprzejmie podałem jej numer na pogotowie policyjne i odłożyłem słuchawkę. Pani zadzwoniła do mnie jeszcze trzy razy, ale nie odebrałem, czując jak jej pod kopułą wzbiera ciśnienie.

Po piętnastu minutach sam zadzwoniłem, przeczekałem pierwszą lawinę epitetów, by dowiedzieć się, że pani jest… moją sąsiadką z mieszkania dokładnie nade mną piętro wyżej! Ha! Czerwonego Krzyża 6 mieszkania 6! A ja 3! Postanowiłem opanować furię sąsiadki i odzyskać biednego psa. W tym celu poszedłem do kerfa i kupiłem ciasto prefabrykowane typu makowiec, z którym udałem się piętro wyżej. Otworzyła mi pani w wieku około 27 lat w stanie skrajnego wzburzenia. Na wstępie dowiedziałem się, że jestem zwyrodnialcem i bestią. Moje próby wręczenia ciasta i załagodzenia wściekłości spełzły na niczym – zostałem wyrzucony razem z ciastem – na szczęście i Niuńkowi udało się salwować ucieczką przez szparę w drzwiach.

Kajam się. Niuniek całe życie żarł tylko najtańszą karmę z kerfa, a jak zapomniałem mu kupić, to czasami nic nie żarł, tylko patrzył na mnie wielkimi oczami pełnymi wyrzutu. W późniejszych latach nauczył się kopać swoją miskę po całej kuchni, co robiło niesamowity jazgot. Musiałem go wtedy wysyłać do kąta, czyli na jego kocyk. A że Niuniek produkował koszmarne ilości sierści, to jego kocyk był w zasadzie wszędzie. Wyczesywałem z niego tę sierść od czasu do czasu za każdym razem dziwiąc się, ile tego jest. Kilka lat temu zacząłem zbierać tę sierść i dziś mam dwie szczelnie ubite siaty – chyba po śmierci Niuńka zrobię sobie z nich poduszki – będzie jak znalazł.

Jutro idę Niuńka uśpić. Bez żalu. Miał cudne życie pełnie beztroski i własnych przygód, znał Warszawę lepiej niż niejeden taryfiarz, a jego potomstwo jest zapewne w każdej dzielnicy. Mógł tylko lepiej trafić jeśli chodzi o pana. Ale cóż…

Czego się nauczyłem?

Że na właściciela psa się nie nadaję, ale psy mnie wiele uczą. 

 

  • Anka

    Pomijając inne rzeczy… „jego potomstwo jest zapewne w każdej dzielnicy”. Nie no, tylko bić brawo! Wie pan, ja wiele jestem w stanie zrozumieć. Na przykład, gdy tak mówią ludzie na wsi, którzy pojęcia nie mają o skali bezdomności, bo ich krąg percepcji zawęża się do kilku domostw, względnie jednej wsi. Natomiast trochę mnie telepie, gdy pisze tak wykształcony człowiek, dziennikarz, ktoś, kto powinien być pewnych rzeczy jak najbardziej świadomy.

    Wie pan, to jest tak. Można się uważać za alfę i omegę, ale dla niepoznaki pisać, że niby inni mają rację. I kokietować czytelników. Ale może czasem jednak warto posłuchać innych i zamiast chełpić się tym, że „nie nadaję się na opiekuna”, po prostu wziąć sobie do serca pewne rady i następnym razem nie popełniać pewnych błędów.

    • Zastanawiam się… po pierwsze nad tym, czy chcę przyjąć tę odpowiedzialność, którą pani mi oferuje. Podporządkować się… Zakłada pani, że to poczucie odpowiedzialności spada na mnie wraz z funkcjami społecznymi, które pani przywołuje: wykształcony i dziennikarz. Nie wiem, czy podejmę tę rękawicę. Nie tak rozumiem swoją rolę i nie tak rozumiem odpowiedzialność za swoje życie.

Play
Play
Arrow
Arrow
Slider