Powód #57: jestem feministą?

Czyli kim? Czyli produktem mojej epoki – mężczyzną, któremu się wydaje, że występuje w obronie praw kobiet do równouprawnienia. Nie oznacza to jednak, że wierzę w identyczność. Nie oznacza to także, bym chciał stawać na barykadach walki politycznej.

Powód #57: jestem szczęśliwy, bo nie jestem feministą?

Moje pojęcie politycznego zaangażowania w obronie płci kończy się na sentymentalnym pragnieniu, by wszyscy byli szczęśliwi. Chciałbym, by kobiety były szczęśliwe, by mogły żyć w zgodzie z własnymi aspiracjami, realizować swoje potrzeby, szukać pełni. Może więc nie jestem feministą? gdyż żadnej kobiecie nie życzę uwikłania w politykę.

Im jestem starszy, tym głębsze jest moje wrażenie, że nigdy nie zrozumiem kobiet. Mam też na to coraz mniejsze zapotrzebowanie. Zastanawiam się, czy nie przejść nad moim ignoranctwem do porządku. Być może o to chodzi? By móc zaakceptować odmienność, której się nie rozumie?

Tymczasem dostaję taki list… Pisze do mnie kobieta:

Uważam, że całkowite partnerstwo między kobietą, a mężczyzną jest fikcją. Kobieta z mężczyzną nigdy nie stworzą układu opartego na równości ponieważ nie są i nigdy nie będą równi. Tak to przecież pięknie  jest urządzone, że tam gdzie mężczyźnie wystaje tam kobieta ma dziurkę. Nie ma potrzeby udawać, że są tacy sami.

Kiedyś mężczyznom było zdecydowanie łatwiej. Przed feminizmem. Przynajmniej w kulturze zachodnioeuropejskiej – padtryialchalnej. W teorii wszystko było jak trzeba. Kobieta rodziła, mężczyzna polował. Kobieta jak się uprze choć jej trudno i ciężko też polować potrafi. Mężczyzna póki co nie urodzi (chociaż z czasem kto wie?)

Ale do meritum było jak trzeba tzn. każdy miał swoje zadania społeczne wg swoich możliwości. Niestety mężczyźni zapomnieli o tej mistycznej umowie międzypłciowej. Umowie miedzy metakobietą, a metamężczyzną polegającej na tym, że kobieta zrzeka się w swojej młodości swoich aspiracji żeby sobie i mężczyźnie urodzić potomstwo. 

Mężczyźni zapomnieli jednak, że jest to wybór kobiety to, że jej dobrą wolą jest podjąć to brzemię (najczęściej z radością). Jednak wciąż jest to wybór który wiąże się z ogromnymi konsekwencjami. Kobiecie w związku z tym ‚należy się’ (to strasznie kulawe wyrażenie, bo zawiera w sobie roszczeniowość, a nie o to chodzi, ale zupełnie nie mogę znaleźć alternatywy) wdzięczność i szacunek. 

I teraz druga strona medalu kobiety zapomniały o wdzięczności i szacunku w stosunku do mężczyzn za całą wygodę życia którą im mężczyźni zapewniali. Urosła frustracja. Nikt nie czuł się doceniony. Żal to największa trucizna wszystkich relacji. 

Ale dalej..

Kobiety się dogadały i jako te panny w opresji zrzuciły winę na gentlemanów… i proszę feminizm w najgorszej postaci gotowy!  

A przecież w założeniu wszystko było jak trzeba. 

Mężczyzna miał jak imponować.

Kobieta była potrzebna.

Tylko jednym i drugim zabrakło codziennego zachwytu, że właśnie ta osoba po drugiej stronie ze swojej wolnej woli to wszystko ofiarowuje.

Zabrakło Miłości.

Teraz zdecydowanie mężczyźni mają gorzej No bo po co mają oni dawać kobiecie poczucie bezpieczeństwa stabilności, skoro sama sobie to ogarnia?

I faktycznie jest to dylemat.

Ale… to jest wg mnie wielkie społeczne zadanie uświadomić facetów, że dzisiejsza ‚ufeminizowana’ kobieta  poczucie bezpieczeństwa i stabilności (oczywiście nie każda, ale ja np. Ja 😉 i wiele innych które znam ) umiejscawia zupełnie w innych sferach niż materialne.

Kobiety potrzebują oparcia i poczucia stabilności emocjonalnej. Lojalności. Potrzebują przyjaźni splecionej z namiętnością. Przyjaźni, która akceptuje dysproporcje pomiędzy przyjaciółmi. Fascynacji, która z czułością przygląda się różnicom między kochankami. 

Tylko to strasznie trudne nie przyzwyczaić się, kiedy ktoś obok Ciebie jest. 

Mam nadzieje, że nie brzmi to wszystko dla Ciebie jak ckliwy bełkot.

Czego się nauczyłem?

Że dużo łatwiejsze jest być człowiekiem, niż kobietą lub mężczyzną.  

Play
Play
Arrow
Arrow
Slider