Powód #64: chłopiec pierdnął na korytarzu

Szedłem przez korytarz szpitalny, długi dość i pusty. Kilka osób siedzi pod ścianami, świetlówki lekko bzyczą, ale cisza. I nagle zdrowe pierdnięcie rozdarło tę ciszę wymierzaną moimi krokami. Taka namiastka przygody.

Powód #64: jestem szczęśliwy, bo chłopiec pierdnął na korytarzu.

Betlej, Resort. Foto: Dąbek.

Pierdnął i szczęśliwy schował się za tatę. A tata z uśmiechem do niego: wstyd, chłopie! – Ale on na wstyd nie wyglądał. Raczej miał uciechę, że mu się takiego pięknego bąka udało wytoczyć. I publicznie, jako psotę. Przeszedłem obok, przez chmurę z bąka, ale nic nie poczułem – może zabrał bąka do tylnej kieszeni. Chciałem coś powiedzieć, ale mi zabrakło szwungu. Nie jest łatwo zagadać bąka. Nawet takiego chłopięcego.

Poszedłem przez szpital dalej, a już wieczorowa pora była. Mało ludzi, zero odwiedzających, brak pielęgniarek, pustka. Wszystko wyleczone, wypisane. Duchy profesorów. Echa mądrych nazw. I ten bąk w tym echu.  Wchodzę na drugie piętro i chrapanie słyszę przez drzwi. Ktoś skrzypi płucami, jakby piła o metal. Chcę iść dalej, ale dopada do mnie doktór i mówi, że rano był w Polskim Radiu i że w koncercie życzeń słuchacz mu piosenkę zadedykował, ale on nie wie jaką, bo nie słyszał, tylko mu ktoś doniósł. Kolejne wokalne zjawisko, myślę sobie. I od razu słyszę terkotanie, takie szybkie, mechaniczne, jakby pompka się włączała – bo i włącza się podczepiona do czyjegoś ramienia i pompuje opaskę uciskową, żeby ciśnienie automatycznie zmierzyć. I po chwili pacjent słyszy pulsowanie własnej krwi w tym ramieniu. No ale ten bąk. Uśmiecham się do pana doktora, bo mnie rozbawił, ale on mnie nie puszcza i mówi, że jak mi dadzą wezwanie, to trzeba się będzie położyć, bo niektórzy nie traktują tego poważnie. Choćby samolot był w tym samym czasie zabookowany, to należy odpuścić – bo ja się pytam (doktor mówi, że się pyta), bo ja się pytam, czy samolot ważniejszy, czy leczenie ważniejsze? czy zdrowie? A ja słyszę ten samolot, tak się składa, poważnie mówię, bo znajdujemy się niedaleko lotniska, na Mokotowie, od pasa startowego możemy być kilometr. I słyszę jeszcze szelest powietrza przechodzący przez wąsy pana doktora, gdyż ma takie wąsy, które zarastają mu usta jak trawa krecią norę.

Niesamowite, myślę sobie – taka kakofonia! Tyle zbiegających się dźwięków! A wszystko to wywołane tym bezczelnym bąkiem. Tym pierdnięciem. I potem idę do małego pokoiku, gdzie leżąc na leżance słyszę odgłos własnego serca. Pani doktór przykłada mi do boku zimny sztylet, który zapuszcza we mnie swoje dźwięki i wyłapuje moje echo. I to serce tak nadaje jakby na iiichaaa, iiichaaa… rytmicznie. Ale zaraz ktoś kaszle na korytarzu i słyszę znowu ten piard. I myślę sobie, że życie jest piękne.

Piękne, bo co by człowiek nie robił, zawsze będą na świecie nowi chłopcy gotowi pierdzieć dla hecy. To już nie ja… to już on. Ale ciągle jest!

Czego się nauczyłem?

Nauczyłem się bezczelności. 

 

Play
Play
Arrow
Arrow
Slider